Paliwa po 10 zł za litr? Dlaczego konflikt USA–Iran może uderzyć nie tylko w ropę, ale i w gaz
Napięcia na linii USA–Iran znów wracają do rynkowych nagłówków. I choć sama groźba ataku nie oznacza automatycznie szoku cenowego, inwestorzy reagują już teraz: rośnie premia za ryzyko w cenach ropy, a na giełdach widać większą nerwowość. Kluczowe pytanie brzmi jednak inaczej: czy ewentualna eskalacja może realnie przełożyć się na ceny paliw w Polsce – nawet w okolice 10 zł za litr – i jednocześnie podbić ceny gazu w Europie?
Iran to ważny producent, ale prawdziwe ryzyko leży gdzie indziej
Iran wydobywa ok. 4 mln baryłek ropy dziennie (kilka procent globalnej produkcji). To dużo, ale sam ubytek irańskiej podaży – zwłaszcza przy dostępnych mocach innych producentów – nie musi „wywrócić” rynku.
Prawdziwe zagrożenie zaczyna się wtedy, gdy konflikt rozlewa się na region Zatoki Perskiej, czyli obszar, który wciąż odpowiada za ok. 1/3 światowego wydobycia ropy. Jeżeli ryzyko obejmuje nie tylko Iran, ale również infrastrukturę i transport w całym regionie, konsekwencje dla cen stają się znacznie poważniejsze.
Cieśnina Ormuz – wąskie gardło światowej energii
W niemal każdej analizie tego typu pojawia się Cieśnina Ormuz – strategiczny szlak morski łączący Zatokę Perską z resztą świata. Przepływają nim ogromne tankowce, a sama cieśnina ma relatywnie niewielką szerokość, co sprawia, że:
- ryzyko ataku lub blokady (nawet częściowej) jest realnym problemem,
- rosną koszty ubezpieczenia i niechęć armatorów do kierowania statków w strefę zagrożenia,
- w efekcie spada płynność dostaw, a ceny reagują wyprzedzająco.
Teoretycznie część eksportu da się przekierować innymi trasami (np. rurociągami), ale możliwości ominięcia Ormuzu są ograniczone – infrastruktura nie przejmuje całości wolumenu, który normalnie płynie przez cieśninę.
Skąd w ogóle bierze się scenariusz „10 zł za litr”?
W analizach historycznych pojawia się teza, że poważne zakłócenie w Ormuzie mogłoby wywindować ropę nawet w okolice 150 USD za baryłkę. Przy założeniu, że inne czynniki (podatki, marże, kurs walut) pozostają podobne, taka ropa mogłaby oznaczać w Polsce paliwa w okolicach 10 zł/l.
To ważne zastrzeżenie: to scenariusz skrajny, a nie prognoza bazowa. W praktyce rynek i państwa mają mechanizmy amortyzujące szok.
Dlaczego gaz też jest zagrożony (i może to boleć bardziej)
Wątek często pomijany w dyskusjach o Ormuzie to LNG. Jednym z kluczowych eksporterów skroplonego gazu jest Katar, a jego transport również przechodzi przez Ormuz. Jeśli doszłoby do zaburzeń, Europa mogłaby odczuć to wyjątkowo mocno, bo:
- po zimie poziom magazynów bywa niższy, a wchodzi się w sezon zatłaczania,
- LNG od 2022 r. stało się dla UE jednym z filarów bezpieczeństwa dostaw,
- ceny gazu silnie wpływają na ceny energii elektrycznej w Europie (zwłaszcza w okresach napięć podażowych).
W praktyce więc nawet jeśli ceny paliw rosłyby „stopniowo”, gaz i prąd mogą zareagować skokowo, bo rynek LNG jest globalny, a wolne wolumeny do przekierowania bywają ograniczone.
Dlaczego jednak nie musi dojść do katastrofy cenowej
Nawet w przypadku poważnego ryzyka państwa dysponują zapasami strategicznymi ropy i paliw (w Polsce to co najmniej ok. 90 dni), a w sytuacji kryzysowej możliwe jest ich uwolnienie, co zwykle:
- zmniejsza panikę na rynku,
- daje czas na logistyczne dostosowanie dostaw,
- ogranicza trwałość skoku cen.
Co więcej, nawet przy problemach w Ormuzie nie cała globalna podaż znika z rynku – problem dotyka przede wszystkim wycinka dostaw, choć bardzo wrażliwego z punktu widzenia logistyki.
Czy „na wszelki wypadek” jechać tankować?
Panikowanie rzadko się opłaca. Jeśli jednak masz niski poziom paliwa i i tak jesteś obok stacji, rozsądniej zatankować wcześniej niż później. Masowe „wykupywanie” paliwa zwykle tylko wzmacnia krótkotrwałe skoki cen i kolejki.
















Dodaj komentarz